The Garden House

Dzisiaj opowiem jak znalazłam się w bajce… Będzie nie tylko bajkowo, ale będzie również bardzo osobiście, za co wrażliwszych na sieciowy ekshibicjonizm serdecznie  z góry przepraszam.

Zacznę od początku – poniedziałek miał być wielkim świętem dla całej naszej ekipy, zaplanowałam na ten dzień zupełnie coś innego. Niestety pogoda pokrzyżowałam moje plany, od rana padał deszcz. Wprawdzie w naszej przystani na farmie praktycznie wi-fi nie było, ale miałyśmy satelitę, telewizor oraz  smartfony co pozwoliło nam na bieżąco śledzić prognozę  pogody. Trudne to nie było, bo odniosłam wrażenie że cała Brytania żyje przygotowaniami do Igrzysk Olimpijskich a przynajmniej tak wydawało się po minie pana od pogody z BBC.  Jak wiadomo na Wyspach pogoda jest tematem numer jeden, zwłaszcza przy takiej okazji.

Niestety tego dnia aura była bezlitosna i ani myślała się zmienić.  Poranek postanowiłyśmy przeczekać w centrum ogrodniczym znalezionym na szybko, położonym praktycznie w polach. Okazało się że nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło –  ja wyszłam owszem nieźle,  z dwoma sadzonkami paproci:) W końcu się zebrałyśmy i nie do końca świadome co nas czeka dotarłyśmy do The Garden House:

Deszcz nie przestawał padać, ale z doświadczeń wiadomo że na Wyspy bez względu na porę roku trzeba zabrać dobre buty i nieprzemakalną kurtkę. Te miałyśmy w bardzo radosnych barwach (widać to na blogu Nordstjerny). Najlepiej mieć kurteczkę w odblaskowym kolorze i najlepiej mocno wylajtowaną (a nie moje szare coś co zajmuje 0,5 kg cennego  bagażu). Żeby sobie poprawić humory powstawała nowomoda ogrodnicza i owe kurteczki nazywałyśmy pieszczotliwie „kondonierkami’:)

Po kilkunastu wizytach na wyspach hortensje ogrodowe nie robią na mnie aż takie wrażenia jak wtedy, gdy oglądałam je tam po raz pierwszy w 2006 roku. Nieodłącznie kojarzą mi się z latem w Anglii. Jednak H.serrata i jej mieszańce z H.macrophylla olśniewały urodą, mnie powalały na każdym kroku w każdym ogrodzie. Zwłaszcza te z kwiatami płodnymi wewnątrz i okółkiem kwiatów płonnych na zewnątrz. I o ile widziałam już białe, różowe, niebieskie i czerwone to ta na fotografii poniżej że wbiła mnie w ścieżkę:

To właśnie mieszaniec a odmiana nazywa się ’Garden House Glory’. Nawet w deszczu prezentowała się wspaniale i oczywiście nie odmówiłam sobie przyjemności jej nabycia (z tym wiąże się ciut zabawna historia, ale to może innym razem:)

Ogród, jak większość oglądanych przeze mnie na Wyspach  podzielony jest na kilka części (ten na 13), każda warta uwagi. Pięknie rozrośnięte i kwitnące jeszcze derenie przyciągały uwagę:

Ogród znajduje się w hrabstwie Devon  przy eleganckim georgiańskim domostwie,  wybudowanym w 1830 r.  Jednak ogród jest znacznie młodszy, ma zaledwie 80 lat. W czasie II wojny światowej posiadłość nabyli Lionel i Katharine Fortescure i to oni właśnie byli założycielami i głównymi pomysłodawcami  większości założeń. Przez wiele lat ogród uchodził za jeden z piękniejszych w Wielkiej Brytanii. Sporo zmian wprowadził główny ogrodnik, Keith Wiley który pracował w The Garden House przez 25 lat. Jego następcą jest Matt Bishop, znany głównie ze swojego zamiłowania do przebiśniegów i roślin cebulowych. Opiekuje się ogrodem do dzisiaj, wprowadza w nim zmiany i efekty tej pracy mogą podziwiać zwiedzający. Ogród był prezentowany w specjalnym odcinku programu BBC „Świat Ogrodów”.

Na terenie ośmio hektarowej posiadłości znajdują się pozostałości z XIV wiecznej plebani i opactwa. Na ruinach tychże powstał The Walled Garden – przyznaję, że to była ta część ogrodu która porwała mnie za serce najmocniej.

Mnóstwo tutaj starych murów, schodków, zakamarków i tajemnych przejść. A wszystko to ubrane w doskonałe, żywe, roślinne dekoracje:

Nawet w deszczu ogród prezentował się pięknie.

I widok z górnego tarasu:

Ja mogłam spacerować tam bez końca:

Te mikołajki podbiły moje serce:

The Ovals Garden, najnowsze założenie:

The South African Garden – niezwykły fragment ogrodu, wybitnie malowniczy o tej porze roku:

I kolejna z licznych odmian hortensji rosnących w The Garden House:

I mniej formalny fragment ogrodu:

Deszcz nam nie straszny, w końcu z cukru nie jesteśmy ale mój aparat pewnie by tego zwiedzania nie przeżył. Pomijam że byłoby dla niego tam za ciemno. Dwa razy wracałam się do samochodu i dwa razy zastanawiałam się czy go zabierać czy nie, w końcu dostałam od Darka jego nowy aparat wraz z kurtką w rozmiarze XL  pod którą mogłam sprzęt chować.  Gdyby nie ta wspaniałomyślność pewnie nie miałabym dzisiaj ani jednego zdjęcia. Mam świadomość, że są kiepskiej jakości (co z tego ze sprzętu kupa jak fotograf d…), ale są.  Poza tym to uczucie, kiedy mężczyzna oddaje swoją ukochaną zabawkę… Bez Darka, jego cierpliwości i tolerancji dla mojego ogrodowego, w końcu dość kosztownego fioła, pewnie nawet tego bloga by nie było.

W The Garden House zrodziło się w mojej duszy kolejne marzenie – wrócić do Devon przy pięknej słonecznej pogodzie  w maju i obejrzeć cebulową łąkę Matta Bishopa. Może kiedyś….

Tekst i zdjęcia Marta Góra

Udostępnij ten wpis:

Co o tym sądzisz?

Komentarze mogą być sprawdzane pod kątem ich zawartości. Nie będą akceptowane treści zawierające m.in. wulgaryzmy, treści obraźliwe lub linki pozycjonujące strony www. Więcej informacji: Polityka prywatności.

Subscribe
Powiadom o
guest
5 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments
piku

Bardzo, bardzo dziękuję. Chłonę wszystkie relacje i zdjęcia oglądam z zapartym tchem. Może kiedyś mnie będzie dane podziwać na żywo te ogrodowe dzieła. Na razie podziwiam i inspiruję się tworząc swój własy zakątek.

piku

Z niecierpliwością czekam na więcej 🙂

trackback

[…] zakupu tej hortensji skłonił mnie przede wszystkim kolor. To selekt pochodzący z The Garden House. Biegałam w deszczu i zastanawiałam się kupić czy nie kupić. Bardziej niż cena (która była […]

trackback

[…] Jakiś czas temu pisałam o marzeniu by ponownie odwiedzić The Garden House […]

Zobacz więcej inspiracji na Instagramie Marta Góra