Trudne miejsca w ogrodzie

Czasem w naszych ogrodach znajdują się miejsca, które nijak nie dają się zagospodarować, przynajmniej z pozoru. Setki pomysłów okazują się być albo zbyt skomplikowane do realizacji albo zbyt kosztowne albo zbyt pracochłonne. Sprawdza się prawda, że najlepsze są rzeczy najprostsze. Właściwie od tego miejsca zaczęła się niejako moja przygoda z ogrodem, wtedy nawet przez myśl mi nie przeszło że będę tam kiedyś cokolwiek uprawiać. Ukształtowanie terenu wymusiło tam zakończenie 'ucywilizowanego’ fragmentu ogrodu, kończył się w miarę płaski teren i spróchniałym pniem śliwy zaczynał stok, na dodatek dość stromy, porośnięty dziczkami śliw, ptasich czereśni, perzem, podagrycznikiem i chrzanem. Posadziłam tam  na skraju swój pierwszy krzew – irgę rozkrzewioną (Cotoneaster divaricatus)  przywiezioną z ogródka znajomych. Irga się rozrosła, przybyło w okolicy trochę innych krzewów, potem bylin odcinając widokowo to co na dole, jednak stok nadal straszył swoim wyglądem. Ciągle zastanawiałam się co z tym fantem zrobić – koszenie kosiarką było niemożliwe, kosa spalinowa okazała się dla mnie zbyt ciężka, pozostała mi jedynie tradycyjna kosa którą posługuję się słabo. Ciągłe proszenie o pomoc sąsiada, Pana Tadzia, również przestało wchodzić w rachubę. Pomysłów na zagospodarowanie było co niemiara, od strumyka ze stawem, poprzez zupełnie naturalną i rodzimą roślinność. Miejsce to jest mocno ocienione prawie ze wszystkich stron, od południa rośnie las sąsiada, od północy moje własne krzewy, od wschodu ogromne jabłonie i wierzba u stóp tego stoku, oczywiście do tego dochodzi gliniasta, ciężka gleba. Kiedyś przy okazji wizyty znajomych ogrodników usłyszałam: paprocie, długosze, taaakie długosze. Ta myśl kiełkowała we mnie dość długo, przez kilka sezonów właściwie do momentu aż zrodził się pewien pomysł. Zanim jednak go zrealizowałam powoli przygotowywałam sobie podłoże – co rok wyrzucałam tam odpadki z ogrodu, pocięte pędy krzewów i bylin, liście z jesiennego grabienia, spady z drzew owocowych, brzozowe trociny przywożone przez kolegę (produkt uboczny produkcji w jego firmie z którym nie miał co zrobić), skoszoną trawę, popiół z pieca ect, ect… Po kilku latach nie dość że udało mi się trochę podnieść teren to otrzymałam to na czym mi zależało najbardziej – w miarę przyzwoitą warstwę próchnicy na której można było cokolwiek posadzić. Oczywiście można było strukturę gleby poprawić kompostem z tradycyjnej pryzmy, ale na to potrzeba czasu, energii i sił. No i oczywiście duża ilość kompostu, a ten potrzebny mi był w innych częściach ogrodu.

Jesienią 2006 roku zaczęłam realizację od żywopłotu wzdłuż południowego krańca – to moje ubezpieczenie, na wypadek gdyby sąsiad zaczął przecinać swój lasek oraz w przyszłości zabezpieczenie przed sarnami które pod ogród podchodzą. Przekopywanie pasa pod żywopłot okazało się być pracą lekką i przyjemną, ziemia była fantastycznie rozluźniona, jesień sucha i szpadel do spółki z widłami same obracały się w dłoniach. Wystarczyło przywieźć sadzonki grabu z nadleśnictwa – niestety jakież było moje rozczarowanie, gdy okazało się że mają nie więcej niż 20 cm… Cóż, cierpliwość cnotą jest… Zanim jednak posadziłam żywopłot, zdążyłam tam przesadzić moje ulubione drzewo iglaste, na które zawsze w ogrodzie będzie miejsce – jodłę pospolitą. Dosadziłam też dwa buki, klona i brzozę. Opryskałam też chwasty randapem, to jedyny wyjątek zastosowania tak intensywnej chemii, niestety walka z podagrycznikiem po pas była ponad moje siły.

Wtedy wyglądało to tak:

Wykopaliska

Pewnie na tym prace jesienne by się zakończyły, gdyby nie kolejny podarunek losu a mianowicie wyjątkowo ciepła jesień, pracowałam wtedy w ogrodzie praktycznie do Świąt Bożego Narodzenia a temperatura w dzień sięgała nawet 17 stopni C. Fart, bo inaczej nie można tego nazwać.  Udało mi się przekopać całość stoku na którym miał powstać leśny zakątek z paprociami.

Wykopaliska

Jeszcze zimą przywiozłam drewniane, grube bale z modrzewia, których użyłam do budowy stopni  wiosną.  Gdy pod koniec zimy  wyszło słoneczko a ziemia trochę obeschła, budowa schodów ruszyła na całego.  Wystarczyło tylko jeszcze dokładnie powybierać chwasty i można było sadzić rośliny.

W maju 2007 roku moje chwastowisko wyglądało tak:

Początki...

Może nie jest to szczyt moich marzeń i wyobrażeń o tym miejscu, ale wiadomo że początki nigdy nie są łatwe. Po pierwsze szpecą osłonki z siatki, niestety przy często odwiedzających mnie sarnach to konieczność, po drugie ilość i wielkość roślin nie jest imponująca. Na szczęście one mają to do siebie że z czasem się rozrastają i zasłaniają puste przestrzenie wokół  i odkrytą glebę.  Wybrałam sprawdzone gatunki paproci: Polystichum setiferum, Phyllitis scolopendrium, Dryopteris sieboldii, Blechnum spicant, Polypodium vulgare, Osmunda regalis i wiele, wiele innych. Trafiły tam również hosty w odmianach, rodgersje, świecznice, brunery, jasnoty, pierwiosnki, żywokosty, żurawki, żuraweczki, bergenie.  W sierpniu dosadziłam sporo cebulowych, żonkile, między innymi moje ulubione białe i pachnące z grupy poeticus kupione w Anglii za grosze na kilogramy, krokusy, szachownice, psie zęby i oczywiście cebulice. Zanim pojawią się liście paproci zakątek przyciąga oczy wiosennymi  kwiatami. I oczywiście całe połacie ziarnopłonu wiosennego i zawilców leśnych, których to roślin w planach nie było – przywędrowały z sąsiedniego lasu same. Potem wystarczyło stopnie wysypać grubo zmieloną korą i gotowe. Mój stok z drewnianymi schodami znacznie lepiej prezentował się latem, w sierpniu 2007, czyli niespełna rok po rozpoczęciu prac:

Przyznam się, że inspiracją był ogród Beth Chatto i pewien park w hrabstwie Suffolk w Wielkiej Brytanii po których miałam przyjemność spacerować. Wprawdzie mój leśny zakątek nijak ma się do pięknych angielskich ogrodów, ale i tak napawa mnie dumą. Stworzyłam go niewielkim nakładem finansowym, znaczną część środków przeznaczyłam na zakup roślin, część pozyskałam z własnego ogrodu, część wymieniłam z zaprzyjaźnionymi ogrodnikami.  Zapraszam więc po ciężkiej pracy w ogrodzie na wirtualny spacer poprzez mój leśny zakątek. W tajemnicy powiem Państwu, że ukryłam tam niewielką sadzonkę trójlistu – na pamiątkę wizyty w Colchester:)

Marta Góra

Udostępnij ten wpis:

Co o tym sądzisz?

Komentarze mogą być sprawdzane pod kątem ich zawartości. Nie będą akceptowane treści zawierające m.in. wulgaryzmy, treści obraźliwe lub linki pozycjonujące strony www. Więcej informacji: Polityka prywatności.

Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments

Zobacz więcej inspiracji na Instagramie Marta Góra